<< Powrót do Archiwum

Scenografie do inscenizacji neo-Danzig’a


Pomysł inicjatorów projektu estetyzacji jest szlachetny. Rozumiem go w ten sposób, że pragną oni wprowadzenia na remontowane elewacje kamienic ulicy Szerokiej nowego wystroju, ich zdaniem ciekawszego, gdyż bardziej zróżnicowanego, niż jednorodna, choćby najlepiej dobrana kolorystyka. Inwestorzy podejmują uzasadnioną upływem lat inicjatywę remontu (niektóre kamienice wspólnoty remontują po raz pierwszy od czasu ich rekonstrukcji), przy okazji którego chcą poprawić „wizerunek” budynków.

Inicjatywę wspólnot mieszkaniowych tłumaczy to, że większość kamienic odbudowanych w latach 50-tych i 60-tych od kilku lat wyraźnie kontrastuje z nowopowstałymi zespołami budynków mieszkalnych, np. przy ul. Świętojańskiej czy Szerokiej. Ocena tych inwestycji to odrębny problem, ale są one tu istotnym punktem odniesienia. Te nowe budynki trudno nazwać kamienicami, mało mają też wspólnego ze sztuką architektury. Są raczej wytworem myślenia developerskiego, które łączy budownictwo socjalno-turystyczne ze stosowanie kojarzących się z nowoczesnością materiałów: aluminium, szkła, różnych rodzajów okładzin. Trzeba o nich tu wspomnieć, gdyż odcinają się one od kwartałów kamienic rekonstruowanych w latach 60-tych dając do zrozumienia, że są nowocześniejsze, a więc … lepsze. Nic dziwnego, że mieszkańcy tych pierwszych poszukują formuły, aby dorównać „atrakcyjnością”, a dzięki dotacji z projektu estetyzacji oraz wysokim czynszom ściąganych z lokali użytkowych zgromadziły wystarczające środki, aby zrealizować pomysł. Nie oceniam zatem mieszkańców i ich zrozumiałych działań na rzecz remontu, ale pragnę skierować do decydentów i fachowców apel o rozsądek w podejmowaniu decyzji, które na wiele lat mogą wpłynąć na odbiór historycznego centrum Gdańska.

Podstawowy problem tkwi w tym, że mówimy nie o osiedlu do niedawna jednolitych i szarych blokowisk, jak Zaspa, Żabianka czy Przymorze, które wprowadziły „artystów” różnej maści w swe podwoje, ale o miejscu wyjątkowo drażliwym z uwagi na historyczne formy wielu zabytków o najwyższej randze w Polsce. Stąd też wprowadzanie monumentalnych form malarskiej dekoracji, które nie są historyczne - w rozumieniu nawiązania lub przywrócenia faktycznie istniejących wcześniej dekoracji - należy uznać nie tylko za szkodliwe dla interesu publicznego, jakim jest ochrona zabytków, ale również za poważne nadużycie skądinąd oczywistych praw właścicielskich. Zadajmy pytanie, co wskutek realizacji tego pomysłu osiągamy jako obywatele Gdańska? Jak ocenić inicjatywę, która realizowana jest ze świadomością kontrowersji, które powstały przy okazji próby wprowadzenia tego typu inscenizacji na ulicy Ogarnej?

Jeden konkretny projekt został upubliczniony przez UM w Gdańsku wraz z szerokim opisem dającym wyobrażenie o koncepcji i zakresie planowanych zmian
(opis dostępny pod adresem internetowym http://www.gdansk.pl/nasze-miasto,512,34096.html)

Generalnie wszak rzetelność wymaga zastrzec że, na podstawie tego jednego czy dwóch projektów, które zobaczyłem m.in. na portalu gazeta.pl nie wypowiadam się o jakości wszystkich pozostałych. Odniosę się więc raczej do samej idei niż do analizy pojedynczego projektu, po to, aby wyjaśnić gdzie upatruję zasadniczej słabości tej wizji. Albowiem na podstawie tego, co możemy już dziś zobaczyć rodzi się szereg pytań i wątpliwości.

Po pierwsze upublicznione założenia upoważniają do stwierdzenia bardzo silnej ingerencji, która będzie wyraźnie widoczna i wpłynie na wizerunek estetyczny fragmentu pierzei ulicy Szerokiej. Co gorsza zapewne nada też ton kolejnym tego typu inicjatywom w innych częściach Głównego Miasta. Ambicja ta dostrzegalna jest w samej nazwie projektu „nowa Szeroka” przejętego z rozwiązań komunikacyjnych „nowa Kartuska”, „nowa Słowackiego” etc., co sugerujące z góry pozytywną konotację – ułatwienie życia i podniesienie standardów. Tymczasem inicjatywę tę należy widzieć z punktu widzenia dalszych jej skutków. Jest ona bowiem już nie jednostkową, ale na szczęście jeszcze dość ograniczoną do jednego kwartału próbą wprowadzenia „tylnymi drzwiami”, to jest bez jakiejkolwiek dyskusji ze środowiskiem fachowców (konserwatorów, urbanistów i historyków sztuki) zasadniczych zmian w powojennej estetyce zrekonstruowanego ponad pół wieku temu Gdańska. Na czym radykalizm tej zmiany polega?

Analizując od strony formalnej wspomniany projekt jest pastiszem i dość dowolnym połączeniem kilku gatunków wypowiedzi plastycznej: malarstwa monumentalnego, estetyki ulicznego sgrafitti, konwencji fototapety połączonych z pseudohistoryczną dekoracją. Ta ostatnia ma być ukłonem w stronę miejsca realizacji dokonanym za pomocą wprowadzenia niewielu dodatków detali architektonicznych. Malowidła na elewacjach są uzasadniane i zmieszane ze znacznie jeszcze szerszym planem wprowadzaniem nowego typu szyldów nazw ulic, numeracji kamienic, etc. Dla konserwatorów czy historyków sztuki oczywiste jest jednak, że tego typu działania nie mogą mieć charakteru jednostkowego pomysłu, ale powinny być spójne z całościowym podejściem uwzględniając warunki dopuszczalnego na terenie historycznej części Gdańska liternictwa, wzornictwa numeracji ulicznej, szyldów, banerów reklamowych, etc. O ile wiem takich studiów w Gdańsku nie ma i nie było, a na pewno nie były przedmiotem szerszych konsultacji z istniejącymi stowarzyszeniami specjalistów w tej dziedzinie. Osobiście bliższe mi są koncepcje ochrony szyldów z lat 50-tych i 60-tych niż wprowadzanie nowości, które burzą dotychczasowy ład bez ujawniania planów kolejnych działań.

Należy tu bowiem zadać pytanie jak mają się pomysły Referatu Estetyzacji Miasta do choćby nawet prostej inwentaryzacji szyldów już istniejących, ale tych mocno zaniedbanych. Krótko mówiąc, jakich dalszych projektów zmian może spodziewać się zaskoczona opinia publiczna? Jak wyjaśniają organizatorzy akcji został wybrany projekt „bardziej konserwatywny”, co ma oznaczać, że lepszy byłby ten z ulicy Ogarnej. Próbowano więc przy „nowej Szerokiej” osiągnąć kompromis, który moim zdaniem jest niemożliwy, gdyż kategoria jaką się posłużono nazywając realizowany wariant projektem „konserwatywnym” nie pochodzi z repertuaru języka konserwacji zabytków sztuki. W gruncie rzeczy kategoria ta ma charakter perswazyjny, mający na celu uzyskanie zgody za pomocą łatwej retoryki: to, co nowe, nie konserwatywne będzie lepsze od starego, czyli prostego powielania form historycznych. Rozumowanie to świadczy o niezrozumieniu tego, co jest istotą ochrony konserwatorskiej, która z natury rzeczy jest konserwatywna, czyli zachowawcza w znaczeniu sztuki zachowywania dziedzictwa kulturowego. To oznacza zaś, że nie tyle jakakolwiek zmiana jest niemożliwa, ale jedynie to, że musi ona być dobrze przemyślana i współgrać z innymi elementami i historycznymi uwarunkowaniami. W tym sensie dopuszczalnym, a nawet modelowym połączeniem nowoczesności z dawną architekturą Gdańska jest moim zdaniem budynek Teatru Szekspirowskiego albo Europejskiego Centrum Solidarności.

Natomiast to, co proponuje referat estetyzacji jest zwykłym partactwem. Czy można realizować zmiany wyglądu kamienic albo nawet tylko estetyki szyldów ulicznych na kamienicach a nie posiadać całościowej wizji ich renowacji, oceny wartości historycznej, nie mówiąc o artystycznej spójności? Poważne zaniepokojenie może budzić nie tyle ten czy ów projekt, ale sam kierunek preferowanych zmian. Moim zdaniem jest to „lifting” na miarę wesołego miasteczka z historycznym ontouragem w tle. Elementy historyzacji służą jako pretekst albo okup na rzecz nadwrażliwych estetów nie stanowiąc integralnie przemyślanych kompozycji. Całość wprowadzona między proste, często już dziś wręcz szare fasady z lat powojennych daje efekt odwrotny do zamierzonego: wywołuje zgrzyt wprowadzając estetykę z innego, choć faktycznie oswojonego już społecznie porządku: świata sgrafitti i wszechobecnych na szarych przedmieściach muralesów. W gruncie rzeczy w tej wizji będziemy mieli w centrum Gdańska zupełnie nową stylistykę, która powoduje wrażenie niespójnej z otoczeniem. Brak tu podstawowej koordynacji działań, która leży w obowiązku włodarzy miasta. „Od sasa do lasa” – taki uzyskujemy rezultat. Co gorsza, stanowić to będzie istotny precedens i można spodziewać się za chwilę pytania gdzie jest granica poza którą niezdecydowany konserwator nie da już zgody na dalsze eksperymenty. Czy obroni się ulica Grobla, Mariacka, a może dopiero Chlebnicka? Dlaczego nie Długa, „uatrakcyjnijmy starą skorupę miasta” – powiedzą zwolennicy zmian? Będzie wtedy co raz trudniej wyjaśnić opinii publicznej, dlaczego coś 100 metrów dalej nie ma racji bytu, skoro już coś podobnego istnieje u progu np. ulicy Długiej – szczęśliwie zablokowany casus Ogarnej? Moim zdaniem obojętnie jest ile metrów w odległości od Studni Neptuna, tego typu projektu nie mają racji bytu w bliskości zabytkowego miasta. Nie wyobrażam sobie takich realizacji w centrum Brugii, Bremy, Lubeki czy Delft. Dlaczego więc i skąd wywodzą się te pomysły u nas?

Mamy do czynienia z instrumentalizacją historii i estetyki 1000-letniego miasta do celów doraźnych i pozbawionych głębszego zamysłu. Nie jest ważna w tej wizji przeszłość i tożsamość miejsca, ale jej namiastka połączona z nieznajomością rzeczy. Stąd takie zielone światło ze strony Pomorskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków na kierunek, który określiłbym „krasnalizacją” starego Gdańska jest dla mnie nie do przyjęcia. Tak, jak nie wyrażam zgody na niszczenie wnętrz zabytkowych kościołów podobnymi konwencjami, tak też tym bardziej protestuję przeciw zeszpeceniu przestrzeni ulicznej. Przedstawione projekty trzeba uznać za wynik przypadkowego zestawienia bardzo różnych koncepcji artystycznych, które powstają na zamówienie prywatne w oderwaniu od kontekstu historycznego. Próba ich wprowadzenia degraduje estetykę całej pierzei oraz ulic, które leżą w bezpośrednim sąsiedztwie niekwestionowanej klasy zabytków, a przez to godzą w nie same. Zmuszają odwiedzających i pozostałych mieszkańców do przyjęcia takiej wizualnej propozycji estetycznej, która za nic ma pomysły pokolenia, które odbudowywały miasto po wojnie. Wizja ta schlebia przeciętnym gustom na zasadzie „większości się podoba więc róbmy to” zamiast wyznaczać kierunek dla rozwiązań ambitnych. A tego raczej spodziewałbym się po referacie estetyzacji miasta, który zamiast przedkładać kryterium zadowolenia winien poszukiwać wzorcowych rozwiązań strategicznych. Wspomniane projekty otrzymały niestety zgodę formalną, są więc realizowane, o czym świadczą rusztowania ustawionej na ulicy Szerokiej. Można byłoby powiedzieć: „już za późno” na protesty. Nie, nieprawda. Nie jest jeszcze za późno, aby powstrzymać następców. Nie dajmy zgody na „mcdonaldyzację” Gdańska poprzez wprowadzanie westernowej scenografii i pseudohistorycznej estetyki. Ile razy trzeb krytykować te rozwiązania, aby sięgnięto po całościowe wizje dla jednego z najpiękniejszych miast w Polsce? Mieszkanie na Głównym mieście w Gdańsku zobowiązuje! A Gdańsk inscenizowany niczym scenariusz do filmu „neo Danzig” niech pozostanie niczym koszmarny „sen wariata śniony nieprzytomnie”.

dr Jacek Bielak
Instytut Historii Sztuki Uniwersytetu Gdańskiego